Menu

Wine Book

Nazywam się Artur Baranowski. Jestem pierwszym Bookelierem na świecie. Dobieram wino do książek.

Książka o czytaniu i Mount Riley Sauvignon Blanc 2015

winebook

Przywiozłem tę książkę z Warszawskich Targów Książki, a kupiłem ją kompulsywnie. Mawiają, że działanie instynktowne to domena kobiet, a zatem pierwiastek żeński zadziałał u mnie impulsywnie i bardzo mu za to dziękuję. Przeczytałem ją niemal na jednym oddechu, a kiedy skończyłem byłem zwyczajnie szczęśliwy. No, ale powiedzcie sami – czy ja mogłem nie kupić książki zatytułowanej „Książka o czytaniu”? Nie dało się.

justynasobolewskaksiazkaoczytaniuJ. Sobolewska wciągnęła mnie w swoje opowieści jak wir i przeniosła w czasy, kiedy zaczynała się moja przygoda z czytaniem. Znalazłem tam niemal wszystko, co wyznaczało moją wędrówkę po lekturach od najmłodszych lat. Dla uczciwości dodajmy, że droga autorki była inna (bogatsza?), ale kilka punktów stycznych mieliśmy. Oczywiście to, czym czytanie staje się dla człowieka decyduje jego otoczenie. Są domy rodzinne, które stymulują potrzebę kontaktu z książkami idealnie (jak choćby dom autorki). Moi rodzice uzbrajali mnie w całą górę innych przydatnych do dziś umiejętności, choć nie powiedziałbym, że podrzucali mi książki. To nie oznacza, że sami nie czytali niczego, ale z pewnością były to inne książki niż w domu Sobolewskich. Do dziś pamiętam półki w moim rodzinnym mieszkaniu, a tam: „Anna Karenina”, „Lord Jim”, Winettou” i „Lalka”. Książki gromadziła moja mama, bo tata tym, co przeczytał dzielił się z rodziną. Dosłownie. Tak czy inaczej moi rodzice cudownie nauczyli mnie wszystkiego, co pozwalało mi odnosić sukcesy na zajęciach praktyczno-technicznych. W wywołaniu miłości do książek więcej jest chyba zasługi środowiska i szkoły. Kiedy już mogłem sięgnąć po coś więcej niż serię „Poczytaj mi mamo” (swoją drogą genialną) i komiksy ze Żbikiem i Tytusem, to już poszło jak burza. Ale miało być o książce J. Sobolewskiej…

Autorka pisze o: kreśleniu w książkach, o ich układaniu, czytaniu w toalecie, spotkaniach autorskich, o samym pisaniu i okładkach i wielu, wielu innych rzeczach. Choćby o czytaniu w więzieniu, skąd pochodzi taka oto wypowiedź szefa jednego z aresztów: „Biblioteki za murami też umierają. Bibliotekarze ratują książki, zwożąc je do nas. Liczą, że jeśli zamkną je w więzieniach, to przetrwają.” Jeden z najciekawszych rozdziałów to ten, o książkach, których… nie ma. Powstał nawet leksykon książek urojonych, a u Lema znajdziecie recenzje i streszczenia wymyślonych dzieł. Sporo uśmiechu przyniósł rozdział o „książkach najbardziej nieprzeczytanych”. Będziecie zaskoczeni do czego przyznają się znani ludzie.!To mi przypomniało moje młodzieńcze zmagania z lekturami (do tego z lekkim sercem przyznaje się każdy). Mnie pokonali „Chłopi” i „Nad Niemnem”, ale po „Lalkę” sięgam do dziś. Z kolei moja żona po przeczytaniu zaledwie dwudziestu stron „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego” za przedstawienie losów głównego bohatera dostała w szkole piątkę.

W podstawówce wraz z kolegą Markiem niemal „na wyścigi” czytaliśmy powieści „podróżniczo-awanturnicze”, dziś zupełnie zapomnianego, Wiesława Wernica. Z innym kolegą pochłanialiśmy kolejne tomy przygód Pana Samochodzika. To oczywiście pozycje poza listą szkolnych lektur, ale cała ośmioklasowa podstawówka pozostawiła we mnie ogólne przekonanie o niezłym kanonie. To w końcu, ogólnie ujmując, właśnie szkole zawdzięczam moją miłość do książek. Oczywiście pisząc „szkoła” nie mam na myśli instytucji jako takiej, ale cały zestaw sytuacji, spotkań, zachęt, rywalizacji i czegoś jeszcze. Wtedy nauczyłem się czytać ze zrozumieniem, a teraz staram się z owym zrozumieniem pisać o książkach.

W liceum ciekawą historię przeżyłem z B. Schulzem, którego zbiór „Sklepy cynamonowe” przeczytałem całe, choć na lekcje musiałem poznać tylko tytułowe opowiadanie. Co to była za metoda opowiadania! Cóż to były za zdania! Chyba właśnie przez Schulza kocham zdania (wielokrotnie i mądrze) złożone. Ale miało być o książce J. Sobolewskiej…

„Książka o czytaniu” odświeżyła moje własne wspomnienia. Rozdziały o czytaniu dzieciom, czytaniu na wakacjach, wędrowaniu śladami książek, zaginaniu rogów kartek i wykorzystywaniu przeróżnych przedmiotów jako zakładek (pamiętam z dzieciństwa, że w książkach mojej mamy znajdowałem zasuszone płatki róży i liście) były jak wehikuły

Jeśli porównać czytanie do wytyczania zupełnie nowej drogi, to najbardziej lubię, kiedy idąc nią, tworzę zjazdy z autostrady. Zostawiam sobie wtedy przydrożne drogowskazy żeby kiedyś jeszcze tam skręcić. Znalazłem to u J. Sobolewskiej i przeżyłem to także w ostatnim czasie u: Rylskiego, Kundery, Iwasiów, Szczygła i Krall. Tak właśnie powstaje moja mapa emocji, najważniejsza kompozycja życia. Książki są dla niej filarami osobistych przeżyć.

 mount_riley21

Tyle samo radosnych emocji wybuchających w głowie przyniosło mi ostatnio białe wino Mount Riley Marlborough 2015. Trunek stworzony w Nowej Zelandii z winogron szczepu Sauvignon Blanc także przywiał wspomnienia czasów, kiedy książki czytałem w latem, leżąc pod laskiem nieopodal domu mojej babci. Wino ma bowiem aromaty łąki rozgrzanej słońcem, pełnej polnych kwiatów z dominantą soczystej trawy. Znalazłem też agrest, który uwielbiam gdy jest świeżo zerwany z krzaka i, podbijające to wrażenie, cytrusy. Od tego wina nie mogłem się oderwać, bo stało się dla mnie jak „Cimena Paradiso” dla małego Salvatore z filmu G. Tornatore.

Jest wytrawne z delikatną kwasowością i z solidnie zbudowanym smakiem. Słowem – to potężna radość zamknięta w butelce przez Amy Buchanan, córkę założyciela winnicy Mount Riley. Ta pani ma świetną rękę do win i… wspomnień.

Dlatego to tak wspaniały "żeński" duet - "Książka o czytaniu" i Mount Riley Sauvignon Blanc 2015.

Wino dostępne w sklepie Piwnica Bytom za 59,90 zł.

© Wine Book
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci